„Oshomaho 2007” - sprawozdanie z wyprawy na Elbrus

Elbrus (kabardyjska nazwa "Oszhomaho" oznaczająca "Górę Światła") to masyw będący stożkiem wygasłego wulkanu w północnej części Kaukazu. Ma 5.642 m wysokości i jest tym samym najwyższym szczytem Rosji. Składa się on w zasadzie z dwóch wierzchołków: Zachodniego (5.642 m n.p.m.) oraz Wschodniego (5.621 m n.p.m.).

Ze względu na brak jednoznacznej definicji granicy Europy i Azji, pozostaje w zasadzie nieustalone, na którym z kontynentów szczyt ten jest położony. Jeżeli przyjmie się, że leży on po stronie europejskiej, wówczas to on, a nie Mont Blanc (4.807 m) jest najwyższym szczytem w Europie.


Zdjęcie "pocztówka".

W pierwszej połowie września w rejonie Elbrusa działała dwuosobowa wyprawa „Oshomaho 2007”. Choć zamierzany cel nie został osiągnięty, zachęcamy do przeczytania barwnej i bogatej w szczegóły relacji Marka Cielniaszka.


To miało nam starczyć na prawie 3 tygodnie akcji w Rosji.

Nasza podróż zaczęła się w Katowicach 2 września 2007 roku. Pociąg mieliśmy o 1 w nocy więc i ta noc zapowiadała się jako nieprzespana po wielu takich nockach związanych z przygotowaniami. W domu ostatnie sprawdzanie listy czy, wszystko zostało spakowane i wymarsz, a raczej wybieg z worami na autobus do Katowic. Na dworcu standardowo o tej porze jest raczej pusto i tylko my z worami pełnymi sprzętu i wyżerki rzucaliśmy się w oczy. W pociągu na szczęście sporo wolnych miejsc, więc wykorzystujemy okazję aby się jeszcze przespać w drodze do Przemyśla.

W Przemyślu pojawiliśmy się o 5.30 rano i od razu swoje kroki skierowaliśmy w kierunku busów jadących do granicy. Znane jest to przejście graniczne z tłumów, ale o tej godzinie nam to nie groziło. Już na Ukrainie (zadowoleni) w Szegini wsiadamy do busa i jedziemy do Lwowa.

We Lwowie mamy trochę czasu na odpoczynek oraz spacer przed dalszą drogą do Kijowa - stolicy Ukrainy. O godzinie 16.25 (czas ukraiński) ruszamy pociągiem w kierunku znanym tylko maszyniście. Pociąg mnie zupełnie zaskoczył, bo jechaliśmy w wersji "Płackarta", a okazało się, że to jakiś express. Do Kijowa dojeżdżamy z małym opóźnieniem. Na dworcu lądujemy o godz. 23.25, a z innego peronu czeka już na nas kolejny pociąg, który odjeżdża o 23.58. Ma to być nasza najdłuższa wspólna podróż pociągiem.


Z poznanymi Polakami czekamy na transport.

Na trasie Kijów-Piatigorsk mamy jechać prawie 30 godzin z przerwami na poszczególnych stacjach. Tym razem jest to wersja wagonu "Kupiejnyj" (z drzwiami i klimą), do którego pakujemy się z naszymi worami. Od razu robimy przegląd naszego przedziału i tak jak u wszystkich - u nas także nie można otworzyć okna.


To "moja" prycza w przedziale (fot. Marek Cielniaszek)

Po drodze mamy jeszcze do zaliczenia granicę, a podróż nam mija do tej pory bez większych problemów. Na granicy pani "Prowadniczka" mówi nam o samych zakazach: nie wolno wychodzić z przedziału, nie wolno otwierać okna, nie wolno hałasować, a o kiblu to w ogóle zapomnieć, bo i tak już był zamknięty na 30 km przed przejściem granicznym. Kto się nie wypróżnił zawczasu, niech teraz dźwiga całą zawartość :) Granicę przekraczamy w środku dnia, więc z każdego z nas "lało" się jak z prysznica. Pani Prowadniczka mówi, że włączyła "kondicjoner" (klimę), ale ona i tak nie wyrabiała... W końcu przyszli celnicy i tu się zaczęły problemy, ponieważ ktoś w Szegini wbił mi pieczątkę "tranzyt", która jest niepotrzebna. Sporo trzeba było tłumaczyć, że jedziemy do Rosji w Kaukaz. Asia nie miała tego problemu. Po dłuższej chwili wszystko zostało wyjaśnione i po sprawdzeniu naszych pryczy mogliśmy tylko czekać na odjazd w dalszą drogę.


Jeden z dłuższych postojów (50 min.) - stacja Jasinovataia Pass.


I jej piękny dworzec wewnątrz.

Reszta podróży mija nam bardzo szybko, rozmawiamy z nowopoznanymi Ukraińcami, Rosjanami i tak dojeżdżamy 4 września do Piatigorska, gdzie wysiadamy o 5.07 (czasu moskiewskiego).

Busem mamy do pokonania jeszcze ok. 200 km. Zaczepiają nas taksówkarze i proponują przejazd do Terskoł za niebagatelne kwoty!!! Zapoznajemy się z ukraińskimi turystami, którzy także czekają na busa (popularnie zwanego "marszrutką"). Zabieramy się z nimi do Nalczika, miejscowości leżącej po drodze do Terskoł. W Nalcziku się rozstajemy, oni jadą do Doliny Bezingi, my kierujemy się do Doliny Baksano. Wskakujemy do kolejnej marszrutki i jedziemy ok. 2 godzin do miejsca przeznaczenia. Po drodze chciałem załatwić OVIR (registrację), ale nie wiedziałem, że to takie trudne i zostałem odprawiony z kwitkiem. A dlaczego? - muszę mieć paszport tej osoby, u której się zamelduję (szlag by to trafił).


Wysiadka nad ranem w PIATIGORSKU i załadunek do dalszej drogi...
(fot. Marek Cielniaszek)

Dojeżdżamy do Terskoł. Jest 10 rano i piekielnie suche, gorące powietrze mimo wysokości (miejscowość leży na wysokości 2450 m n.p.m.). Szukamy kawałka cienia oraz znajomego, u którego możemy się zameldować. Po dłuższej chwili wiemy, że będzie z tym problem i szukamy "kwartiry" u kogoś innego. Udaje się załatwić paszport do registracji, ale przez ten uciekający czas nie zdążymy dzisiaj się zameldować (czyżby strata kolejnego dnia?!).

Jednak późnym popołudniem dowiadujemy się od kogoś, że registrację można załatwić na tutejszej poczcie bez zbędnego jeżdżenia do Tyrynauz. Hmm... tylko znajdź pocztę w tym całym rozgardiaszu. Znaleziona z zewnątrz wygląda jak budynek tuż przed wyburzeniem albo po kataklizmie. Wchodzę do środka i tu mnie zamurowało - to, co na zewnątrz nie odzwierciedla już tego, co jest wewnątrz budynku (kafle, panele, flizy). Jest w tym miejscu stanowisko internetowe.

W końcu po załatwieniu tych cholernych papierków ruszamy w kierunku gór. Do pokonania mamy 3 kilometrowy odcinek asfaltu do dolnej stacji kolejki Azau. Po drodze oglądamy miejsca na ewentualny biwak. Dosyć szybko (mimo worów) dochodzimy do kolejki i tu... kolejny szok. Bajzel, syf, śmieci, rozpieprz niesamowity i bawiący się rewolwerem jacyś dziwni goście. Po krótkiej przerwie ruszamy do góry, idąc po strasznie zakurzonej drodze. Asia zauważyła wielbłąda, który jak dla nas wyglądał dość nietypowo na tle gór.


Niektórzy hodują dziwne udomowione zwierzaki na tak dużych wysokościach (fot. Marek Cielniaszek)


Znaleźliśmy trochę zieleni pod pierwszy biwak.

Powyżej stacji znajdujemy miejsce na biwak. Cieszy nas to, ponieważ nie musimy spać w tym syfie. Zasypiamy szybko po całym dniu wrażeń. Świt budzi nas, puszczając na nasz namiot pierwsze promienie słońca. Po pobudce i zbiórce wymarsz do góry. Nie korzystamy z kolejki tak, jak większość tu przyjeżdżających. Chcemy obejrzeć dokładniej tutejsze tereny oraz nabrać ewentualnie lepszej aklimatyzacji. Po godzinie marszu jest cholernie gorąco. Leje się mi się z d..y i z wielu miejsc, a po drodze wody jak na lekarstwo - musimy oszczędzać to, co mamy ze sobą. Gdzie jest możliwość chowamy się przed zbyt parzącym słońcem, tak idziemy przez stację pośrednia "STARYJ KRUGOZUR" aż do stacji górnej "MIR".

Droga przywodzi skojarzenia z Marsem bądź Księżycem - zlepki skały wulkanicznej, pył, a także śmieci. Krajobraz nieprzypominający, że jesteśmy w górach wysokich. Przy stacji górnej znajduje się Pomnik Obrońców Przyelbrusia z ogromną ilością nazwisk. Wokół oczywiście brud, syf, śmieci, złom, kable, pręty - standardowe upiększenie stoków Elbrusa.


Pomnik postawiony Obrońcom Przyelbrusia (fot. Marek Cielniaszek)

Po godzinie dochodzimy do miejsca przeznaczenia, czyli do GARABASZI (3850 m n.p.m.) zwanych popularnie "Beczkami". Tutaj napotykamy kolejne "cuda świata". Przy okazji podejścia mamy przyjemność obejrzeć lodowcową kąpiel chyba ludzi-twardzieli :) Przy kąpieli tej wydawali odgłosy zbliżone do ryku niedźwiedzi, jeleni, wrzasku dziecka. Przy beczkach zostawiliśmy plecaki i zaczęliśmy rozglądać się za biwakiem. Czas uciekał i pod wieczór udało się znaleźć odpowiednią platformę w głazach, kamieniach i śmieciach.


Nie jesteśmy geologami, ale to chyba jakiś
zajebisty "gnejsik" (fot. Marek Cielniaszek)

Aklimatyzacja dopiero zaczyna się podobno od wysokości 3500 m., więc my dopiero na drugi dzień zaczniemy się powolnie aklimatyzować. Wszystko przebiegało sprawnie - zrobiliśmy przepak worów, ubraliśmy się na lodowcowo (buty) i ruszyliśmy do góry.


Słonko zachodzi... (fot. Marek Cielniaszek)

Celem dzisiejszego dnia był "PRIJUT 11" (oczywiście ten zdewastowany) oraz wejście aklimatyzacyjne do Skał Pastuchowa. Piękna pogoda tego dnia nie zapowiadała długiego załamania na kolejne 5 dni z rzędu. Dochodzimy do schronu i... to już przeszło nasze oczekiwania. Wokół Prijuta, poniżej, w środku i ponad nim - wszędzie zalegają TONY ŚMIECI, po których trzeba dojść do schronu starego jak i nowego. Szybkie rozłożenie namiotu i po przepaku wyjście "na lekko" do Skał Pastuchowa. Nie można zapomnieć o sesji foto dla sponsora taniewspinanie.pl oraz dla portalu turnia.pl, którzy nas wspomogli.


"TANIEWSPINANIE.PL" to wszystko czego potrzebujesz w chwilach eksploracji, wspinaczki, tekkingu... (fot. Asia Dybał)


To chwila dla Naszych sprzymierzeńców z portalu WWW.TURNIA.PL
(fot. Asia Dybał)

Po dojściu przy skałach jesteśmy z 10 minut i szybko schodzimy, wiatr wieje tu z prędkością ok. 100 km/h. Jest słonecznie i bardzo zimno. Potem urocze, przyjemne lenistwo, odpoczynek oraz przysłowiowe obżarstwo. Na następny dzień planujemy "atak szczytowy". Czujemy się w dwójkę doskonale, nie mamy żadnych zaburzeń ani "odchyleń od pionu".


Widok na Prijuta w skałach, Skały Pastuchowa oraz Wschodni i Zachodni Elbrus (fot. Marek Cielniaszek)

Wstajemy o 2 w nocy, inni Polacy wstają godzinę wcześniej od nas. Szykujemy się do wyjścia. Powolne picie pysznej herbaty, ubieranie na siebie stosu szmat, co w ciasnym namiocie wygląda raczej komicznie.


Daleko na horyzoncie jest Gruzja.

Startujemy "uzbrojeni aż po zęby" o godzinie 3, żeby uniknąć tłoku i korków na podejściu. Jest ohydnie, wieje i jak na tę godzinę jest zdecydowanie za ciepło (+4 stopnie). Przez niebo nad nami przewalają się chmury. Idziemy, po drodze patrząc pod nogi, żeby nie wywinąć "orła" na rozmiękłym lodowcu pełnym śmieci. Jest ciemno jak w d..ie i do tego te chmury. Co jakiś czas wiatr odsłania nam katorżniczą drogę i widzimy przed sobą powyżej ekipy, które wystartowały przed nami. Stok coraz bardziej staje dęba, w tym wietrze nie idzie się zbyt rewelacyjnie, co chwila zatyka usta i wpycha śnieg do naszych gardeł. Pogoda psuje się praktycznie z minuty na minutę, jest coraz gorzej. Powyżej Skał Pastuchowa wyprzedzamy Polaków z "Annapurna Klub". Trochę pogawędki, wymiana światełek w czołówkach pomiędzy nami i trzeba dalej w drogę. Czas goni nieubłaganie, minuty uciekają, a my tuptamy wciąż do góry. Tutaj się nie da pogonić, idziemy w systemie 50 kroków i postój i znowu, itd.


Najlepsza pozycja na złapanie powietrza w tym wietrze
(fot. Marek Cielniaszek)


Niestety zbliża się załamanie pogody (fot. Marek Cielniaszek)

Dochodzimy wreszcie do załamania terenu i po przetrawersowaniu stoków wschodniego Elbrusa - kierujemy się w stronę przełęczy. "SEDLOWINA ELBRUSA" znajduje się na wysokości 5471 m n.p.m.

Po krótkim postoju w tej wichurze i wstępnych oględzinach zdecydowaliśmy o wycofie. Pogoda do d..y. Nic nie widać, nic nie słuchać, zimno i wiatr ze śniegiem. Zaczynamy schodzić. Szukamy traserów przy ścieżce, które wyglądem przypominają gałązki z drzew powtykane w lodowiec.


O świcie Skały Pastuchowa osiągnięte.


Znaleźli się twardziele, którzy łoili do góry.


Jest tak lodowaty wiatr, że pora "zwijać interes".


Pochłania nas powoli mgławica.


Dołączyliśmy w tej mgle do innych schodzących.

Podczas zejścia mijamy większe i mniejsze pęknięcia lodowca w różnych formach (cienka linia, otwór jak do jamy). Kurzy coraz bardziej, wieje coraz mocniej. Jesteśmy coraz bardziej zmęczeni. Po wielu godzinach dochodzimy do naszego namiotu. Wcześniej zeszliśmy jeszcze do Beczek i tam spotkaliśmy Ryśka "Napał" Pawłowskiego z żoną Magdą, Wandę Xięską i 4 towarzyszące im osoby.

Po pogawędce wracamy do obozu w Prijucie. Na następny dzień i kolejne pogoda nas nie rozpieszczała. Śnieg dostawał się wszędzie, wiało, a ja dodatkowo od 6 dni nie mogłem się wysr..ć. To czekanie nas dobijało. W namiocie nie da się usiedzieć zbyt długo. Wychodziliśmy więc na spacerki po okolicy, żeby rozprostować nogi. W piątym dniu oczekiwania, kiedy śniegu przybywało i nic nie zapowiadało zmiany w najbliższym czasie, postanowiliśmy się spakować i zobaczyć chociażby jeszcze Dolinę Adył-Su. Zejście iście zimowe.


W piątym dniu oczekiwania schodzimy w zielone
doliny, zobaczyć coś normalnego o tej porze roku
(fot. Marek Cielniaszek)

Po drodze postanawiamy jeszcze raz zabiwakować i przeznaczyć ewentualny dzień na odpoczynek i wysuszenie szpeju. W pobliżu znajduje się nagrobek "nieznanego żołnierza". Złożyliśmy symboliczny bukiet kwiatów.


Suszymy się, dosuszamy, wygrzewamy stare kości i odpoczywamy.


Pożegnanie z ...

Dalsza droga to istna przeprawa znowu przez pył, syf, śmieci i tak cały czas do Terskoł. Musieliśmy niestety się spieszyć, ponieważ w piątek mieliśmy pociąg powrotny z wykupionymi na niego biletami.

Zrezygnowaliśmy z dalszego oczekiwania na poprawę pogody. Dolina Adył-Su jest faktycznie warta zobaczenia, jeśli ktoś dysponuje zapasem czasu. Piękne wodospady, urocze łąki i oczywiście powyżej, jak zawieszone, widać lodowce oraz okoliczne szczyty, a wśród wielu z nich Donguzorun oraz Czeget.


Ostatnie spojrzenie na okoliczne szczyty (fot. Asia Dybał)


Droga zejściowa z widokami jest... (fot. Asia Dybał)

Zaliczamy jeszcze nocleg na terenie ośrodka "DYNAMO" i pora zwijać się autobusem do Piatigorska. Powrót doliną okazuje się długi - jechaliśmy ponad 3 godziny, ale było warto. Tamtejsze doliny mają swój charakterystyczny wygląd zupełnie odmienny do dolinek tatrzańskich, czy alpejskich.

Droga powrotna z Terskoł do Baksano, potem do Piatigorska i tam na dworcu ostatni nocleg przed wyjazdem pociągu. Chcieliśmy jeszcze obejrzeć miasto. Wory zostawiliśmy więc w depozycie i ruszyliśmy wygłodniali na główną estakadę miasta. W jakiejś pizzeri zamówiliśmy "bolszają pizze" - faktycznie była wielka, ogromna. Po konsumpcji tegoż posiłku, wspartym browarem udaliśmy się na zwiedzanie miasta. Podróż powrotną rozpoczęliśmy w Piatigorsku 14 września o godzinie 13-stej, a zakończyliśmy 16 września o 7.12 rano we Lwowie. Po drodze przejeżdżaliśmy granicę, tym razem w godzinach nocnych. Jeden z celników był bardzo wrażliwy, miał zastrzeżenia do naszych paszportów i registracji. Gdzieś wydzwaniał i nie dał nam spać. W końcu dał sobie spokój, bo okazało się, że mamy papiery w porządku. Co dziwne nie zaglądali nam pod prycze czy czegoś przypadkiem nie szmuglujemy.

W Kijowie, jak i we Lwowie mieliśmy trochę czasu na połażenie i rozprostowanie kończyn dolnych i górnych.

Jedno jest pewne, ELBRUS (5642 m n.p.m.) i jego okolice na długo zapadną nam w pamięci oraz to, co tam przeżyliśmy i zobaczyliśmy.


Widoki ...


Krowa "MISZKA" i jej partner "SASZA" kontrolują prędkość aut na drodze.


Miejsce na kolację idealne.


Zielona "soczysta" trawka i wodospady.


Przepiękny lodowiec "MAŁY AZAU".


Droga z Terskola do Prijuta idzie też przy obserwatorium.


Wschód nad Doliną Baksano.


Elbrusie strzeż się - nadchodzą wielbłądy.


Lodowce, Rosja, granica, Gruzja ...


Coraz wyżej i wyżej.


ELBRUS już zaczyna się chmurzyć.


Donguzorun czuwa nad doliną i nad nami.


Po zejściu obowiązkowo herbatka z rumem i ...


Kończy się to co było najlepsze ...


Droga do cywilizacji (czas wracać po 2 tygodniach laby).

W portalu www.turnia.pl do relacji dołączone zostały inne zdjęcia z wyprawy. Zapraszamy.


Relacja z wyprawy nad Jezioro Bajkał

Relacja z podróży: Chiny - Mongolia - Rosja

Wyprawa rowerowa "Pekin 2008"

Zapraszamy do zamieszczenia relacji z podróży na łamach portalu o Kolei Transsyberyjskiej

 


<- Powrót